Rozważanie na XXIII NZ "B"

Kazanie na III Niedz. WP "A" (24.02.2008r.)

Poświęcenie kaplicy w CDH w Zakroczymiu 2006

Dzień skupienia kleryków IV kursu, Zakroczym, sierpień 2006

Życzenia dla Ks. Biskupów - Wielki Czwartek 2006

Św. Jan , Kroczewo 24.06.2004r.

Kazanie VI Niedziela Wielkanocna "C" Zakroczym

Kazanie na pogrzebie Śp. Przemka Żukowskiego 29.04.2004

Kazanie na Niedzielę Miłosierdzia Bożego OO. Kapucyni Zakroczym 18.04.2004 r.

Kazanie na Wielkanoc - Zakroczym 2004

W Krzyżu zbawienie

Konferencja dla katechetow świeckich ( Zakroczym 04.03.2004 r.)

Wszystkich Świętych 2003 Zakroczym

Św. Mateusz - Smoszewo 21.09.2003

Kazanie na Odpuście Porcjunkula w kosciele OO. Kapucynów w Zakroczymiu 02.08.2003 r.

Kazanie na Wszystkich Świętych - Zakroczym 2004 r

Myśli na II tydzień Adwentu 2004

Kazanie na Wielkanoc 2005 Zakroczym

Kazanie na III Niedzielę Wielkanocną (10.04.2005) Zakroczym

Kazanie na Odpuście Św. Piotra i Pawła w Ruzu /29.06.2005/

Kazanie na Odpuście Wniebowzięcia NMP w Tłuchowie /15.08.2005/

Kazanie na Miejskiej Uroczystości 940 Lecia Zakroczymia /17.09.2005/

25.11.2005 Rcznica śmierci Ojca Benignusa (Jana Sosnowskiego)

Matka Boża Pocieszenia

Uczyć się historii, czy poczekać aż historia nas nauczy...

(całkowicie tendencyjne rozważanie o języku)

 

Mój pierwszy pobyt w Rzymie, w końcu europejskiej wielkiej stolicy i zarazem stolicy chrześcijaństwa, oprócz wielu niezapomnianych wrażeń religijnych i turystycznych, dostarczył mi także powodów do słusznej dumy iż pochodzę z kraju, który cieszy się może nie nazbyt zasłużoną opinią, że jego mieszkańcy, powiedzmy, słabo władają językami obcymi. Kilkakrotnie oto (nie znając języka włoskiego), podejmowałem próbę dokonania prostej operacji wymiany dziesiątek marek niemieckich na tysiące włoskich lirów (za którą pobiera się tam 9,8 % prowizji). Nie spotkałem się z możliwością jej dokonania w moim niedoskonałym języku francuskim i niezgorszym rosyjskim. Podejmowane przeze mnie kolejne próby, kończyły się powodzeniem dopiero przy użyciu, swoistego języka migowego, zrozumiałego pod każdą długością i szerokością geograficzną. Nie zmierzam tu do prostej i skądinąd słusznej konstatacji, że podróże poza wszystkim, mogą także pomóc w leczeniu kompleksu pochodzenia z "gorszej" części Starego Kontynentu. Moim zamiarem jest natomiast uświadomienie czytelnikowi (cierpliwemu), że aby nastąpiło miedzy ludźmi porozumienie, muszą oni w tym samym czasie, używać tego samego języka, to znaczy jednakowych słów i wyrażeń z przypisanymi im jednakowymi, określonymi znaczeniami.

Moje, bardzo skromne, rzymskie doświadczenia przekonały mnie, że warto podjąć trud samouczenia się języków obcych, co umożliwiło mi podczas następnej bytności w Wiecznym Mieście, dość skuteczne posługiwanie się niepoprawną zapewne i jeszcze nieco ręcznie wspomaganą "włoszczyzną".

Można powiedzieć, pół biedy, gdy dwóch ludzi, próbuje rozmawiać dwoma różnymi, obcymi sobie językami... nieporozumienie murowane. Co jednak powiedzieć o sytuacji, w której mówca, używa dobrze znanego nam języka, a który w jego ustach staje się językiem obcym, lub nawet obcymi językami? Jak powstaje taki dziwny efekt, z którym, być może i Ty spotkałeś się zacny i wytrwały mój czytelniku ?...

Chociaż dość łatwo o odpowiedzi na wyżej sformułowane pytania, nie pozostawię Cię bez ich wyartykułowania. Otóż dzieje się tak, gdy mówca pod powszechnie znane słowa i wyrażenia, podkłada coraz to inne znaczenia, dowolnie nimi operując. Przy tym nie można przyjąć, że czyni to z powodu nieznajomości języka, którym się posługuje. Wręcz przeciwnie, trzeba biegle znać język i mieć świadomość wielu znaczeń możliwych do przypisania konkretnym słowom, tak aby wywołać u słuchacza jakieś zaprogramowane przez mówcę obrazy, emocje, motywacje do konkretnych, takich a nie innych, decyzji i działań. Opisana bowiem sytuacja, nie jest błędem, prowadzącym do nieporozumienia, ale zabiegiem prowadzącym do "porozumienia" poza regułami logiki, czyli zabiegiem, który psychologowie nazywają manipulacją. Jest ona niczym innym, jak kreowaniem złudzeń w ludzkiej świadomości, tworzeniem w niej równie nierealnej, co i bogatej, łudzącej fałszywym pięknem, pozornej rzeczywistości.

Stajemy teraz przed dwoma ważkimi pytaniami. Pierwsze z nich to pytanie wykraczające poza ramy logiki i psychologii, o inspiracje, które skłaniają ludzi do manipulowania innymi, zaś drugie to pytanie o cele podejmowania zabiegów manipulacyjnych.

Dla odpowiedzi na te pytania przyda się nam, choćby pobieżna analiza, pewnego interesującego fragmentu Dziejów Apostolskich. Oto jego tekst :

Kiedy nadszedł wreszcie dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić. Przebywali wtedy w Jerozolimie pobożni Żydzi ze wszystkich narodów pod słońcem. Kiedy więc powstał ów szum, zbiegli się tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku. Czyż ci wszyscy, którzy przemawiają, nie są Galilejczykami? - mówili pełni zdumienia i podziwu. Jakżeż więc każdy z nas słyszy swój własny język ojczysty? - Partowie i Medowie, i Elamici, i mieszkańcy Mezopotamii, Judei oraz Kapadocji, Pontu i Azji, Frygii oraz Pamfilii, Egiptu i tych części Libii, które leżą blisko Cyreny, i przybysze z Rzymu, Żydzi oraz prozelici, Kreteńczycy i Arabowie - słyszymy ich głoszących w naszych językach wielkie dzieła Boże. (Dz2,1-11)

Powyżej przytoczony tekst opisuje skutki cudu Zesłania Ducha Świętego na zgromadzonych w Wieczerniku Apostołów. Prości galilejscy rybacy, których nie sposób podejrzewać o znajomość obcych języków, przemawiając tak "... jak im Duch pozwalał mówić", docierają z Ewangelią Zmartwychwstania, do ludzi mówiących wielu różnymi językami. Powiesz być może drogi Czytelniku, "cóż to wielkiego, to nie ich zasługa..., Duch Święty sprawił to zrozumienie....". Obyś tylko zechciał w ten sposób podważyć i próbować wywrócić konstrukcję wywodu, który tu buduję... obyś chciał. Chcę bowiem zwrócić uwagę, że to czego nie byli w stanie osiągnąć, wobec braku należytej wiedzy, prości Apostołowie dokonało się za sprawą Ducha Świętego. To On, pod wiele różnych słów i wyrażeń, znanych słuchaczom Apostołów, podłożył współzrozumiałe znaczenia, doprowadzające ich wszystkich do poznania we własnych językach Bożej Prawdy.

Skoro zatem to Duch Święty jest Twórcą tego niezwykłego porozumienia, umożliwiającego dotarcie do poznania Prawdy, to jaki duch jest inspiratorem manipulacji, która odwodzi od Prawdy i prowadzi na manowce ułudy, zniewalając człowieka pozorami rzeczywistości i oczywistym fałszem? Nie sposób tu spodziewać się innej odpowiedzi, niż ta, która brzmi: przeciwnik Boga i człowieka, szatan, którego Pan Jezus nazywa "mendax et pater omnium mendatium" ( kłamca i ojciec wszelkiego kłamstwa )J8,44.

Pismo Święte opisuje jeszcze jedno wydarzenie związane, tym razem, utratą przez język, jego podstawowej funkcji, funkcji komunikacji międzyludzkiej. Mam tu na myśli powszechnie znaną historię budowniczych wieży Babel (Rodz11,1-10). Pycha, ten swoisty dar złego ducha, każe ludziom podjąć wysiłek niezwykle ambitny, zjednoczyć się, by poznać tajemnice Boga i wejść w Jego kompetencje. Próba realizacji iście szatańskiego pomysłu ujawnia najmroczniejsze strony ludzkiej natury, chore ambicje i żądzę władzy. Pamiętamy dramatyczny finał tej historii. Idea, której realizacja, w pysznym zamyśle człowieka, miała służyć integracji ludzkiej społeczności, dla panowania nad światem i rywalizacji ze Stwórcą, stała się źródłem rozproszenia i upokorzenia człowieka.

Historia o wieży Babel nie jest tylko dydaktyczną opowieścią, mającą na celu wyłącznie pokazanie minionych błędów ludzkości. Jest ona (jak cała Biblia) nader aktualna w naszych czasach, w których sny o potędze człowieka i jego samowystarczalności, śni wielu znanych z czołówek gazet i wielu całkiem prostych, nierzadko naiwnych, ludzi. Zmieniać świat czy bodaj kontynent, to zamysł bardzo ambitny; budować braterstwo ludzi i narodów to bardzo szlachetny zamiar - nawet wykonalny, jednakże nie bezwarunkowo.

Warto uświadomić sobie, że jedność i braterstwo ludzi nie jest i nie będzie nigdy faktem, na mocy jakichkolwiek zapisów, umów i przepisów, ale że jest ono skutkiem faktu bycia dziećmi jednego Ojca - Boga. Braterstwo jest implikacją faktu posiadania wspólnego Ojca. Dalej braterstwo, stawiające ludzi w równej odległości od Ojca (czy raczej bliskości do Ojca), z natury rzeczy stwarza wszystkim dzieciom jednakowe możliwości życia, rozwoju i realizacji swych słusznych aspiracji, takich które zgodnie z pragnieniem Ojca, dzieci te uszczęśliwią. Nie da się zatem zbliżyć między sobą ludzi i narodów, uszczęśliwić ich z pominięciem wyżej przypomnianych, oczywistych faktów. Nie da się zrealizować ambitnych projektów polityczno - gospodarczych, ignorując fakt równości ludzi i narodów, będących kontrahentami takich projektów, równości mającej swe źródło poza sferą owych projektów - w Bogu, naszym wspólnym Ojcu.

Wielokrotnie podejmowane już w historii próby, budowania "lepszego, bardziej ludzkiego świata", z pominięciem respektowania oczywistych relacji między Bogiem i światem, Bogiem i człowiekiem, doprowadzały do bolesnych rozczarowań i namnażania nieszczęść indywidualnych i zbiorowych na wielką skalę. Oczywistymi wydają się w tym względzie przykłady rewolucji, mających na sztandarach szczytne hasła, takie jak wolność, równość, braterstwo, czy sprawiedliwość społeczną, a kończących się hekatombą ofiar wielkich rzesz ludzi ( Wandeja , Gułag, hitlerowskie fabryki śmierci .... i wiele innych ). Przywołane tu przykłady, pokazują jednoznacznie, że próby uszczęśliwiania człowieka wbrew Bogu, poza Bogiem, przeciw Bogu, czy bez Boga, w realizacji okazują się być kolejnymi etapami na krzyżowej drodze ludzkości.

Natrętnie narzuca się pytanie, czemu ludzie i narody godzą się na udział w takich historycznych eksperymentach na samych sobie ? Bo wszak wszystkie, wspomniane wyżej, utopijne przedsięwzięcia, realizowały się ze znacznym stopniem aprobaty, tych przeciw którym później się obróciły. Ta aprobata, wyrażała się czy to przez polityczne wybory, czy to przez referenda, czy choćby przez masowe manifestacje gorącego poparcia dla autorów owych projektów. Czy to poparcie bywało skutkiem głębszej refleksji prowadzącej do zrozumienia zamysłów twórców owych utopii, czy może skutkiem przemilczeń i niedomówień propagandzistów, a może wprost skutkiem manipulacji pokrętnie zmieniającej znaczenia wypowiadanych słów ?

Zapewne owe historyczne projekty znajdowały szczerych zwolenników, wśród ludzi którym przyświecała myśl o osobistej karierze, bądź wymiernych korzyściach materialnych. W większości jednak były to zapewne ofiary manipulacji, do których trafiały "argumenty" emocjonalne, odwołujące się do rozmaitych kompleksów, od jakich ludzie nie są wolni w żadnych czasach, ani w zależności od jakichkolwiek uwarunkowań społecznych , kulturowych, środowiskowych, czy innych.

Znamy wiele mądrych sentencji dotyczących historii. Spośród nich pragnę na zakończenie przytoczyć dwie: Historia nauczycielką życia i druga: Historia kołem się toczy, by teraz postawić retoryczne pytania: która z powyższych mądrości znajduje w naszych czasach więcej zwolenników ? Ta, która zmusza do wysiłku twórczego budowania lepszego jutra (z respektowaniem praw Boskich i słusznych praw ludzkich), czy ta, która pozwala trwać w bierności, każąc przyjąć jakiś fatalizm w przekonaniu, że nie da się dmuchać pod wiatr historii ?

Smutna historia budowniczych wieży Babel pokazuje, jak ludzie o chorych ambicjach i żądni władzy, potrafią zawładnąć umysłami innych i skłonić ich do podjęcia realizacji niekiedy obłędnych pomysłów, z drugiej strony zaś, pokazuje jak owi ludzie i ich ofiary, zmanipulowani przez ojca kłamstwa, wcześniej czy później poznają gorycz porażki i upokorzenia.

 

Ruże, wieczorami Oktawy Zmartwychwstania 2003




Katecheta w sutannie

( Radomin 10.10.2002 r. )

"W katechezie przez nauczanie przekazywany jest Chrystus, Słowo Wcielone i Syn Boży, wszystko zaś inne o ile do Niego się odnosi; naucza sam Chrystus, a każdy inny nauczający - jedynie w tej mierze, w jakiej jest Jego zwiastunem lub tłumaczem i w jakiej Chrystus mówi przez jego usta... Trzeba więc, aby do każdego katechety można było zastosować te niezgłębione słowa Jezusa: <<Moja nauka nie jest moja, lecz Tego, który Mnie posłał>> (J 7,16)"

Jan Paweł II adhortacja apostolska Catechesi tradendae, 5

Te nad wyraz ważkie słowa Papieża, skłaniają nas do postawienia pytania o wizerunek kapłana - katechety , który skutecznie ma podjąć trud katechetyczny. Jakim mam być, aby Chrystus chciał mówić przez moje usta; jakim mam być, abym mógł być uznanym za zwiastuna i autentycznego tłumacza zbawczego orędzia Chrystusa ?

W istocie rzeczy jest to pytanie o moje człowieczeństwo, o jego format, gdyż to ono jest podstawowym tworzywem mojego chrześcijaństwa i kapłaństwa, a w konsekwencji ono właśnie warunkuje skuteczność podjętej przeze mnie misji głoszenia Dobrej Nowiny, czy to na ambonie, czy w sali katechetycznej.

Katolickie rozumienie kapłaństwa, określa kapłana jako działającego in persona Christi . I to fundamentalne rozumienie kapłana jako alter Christus kieruje nasze rozważania wprost ku Ewangeliom, które ukazują Zbawiciela jako Nauczyciela dobrego i jako Dobrego Pasterza. To właśnie ewangeliczne normy, cele, ku którym ma zmierzać zarówno formacja do kapłaństwa, jak i nasze kapłańskie życie i służba. Mam wpatrzony w niedościgły wzór Bożego Syna, odtwarzać w moim życiu i służbie wizerunek Chrystusa nauczającego.

To, co na pierwszy rzut oka zauważamy w postawie Boskiego Pasterza i Nauczyciela , to jedność Jego życia i służby. Gdy wczytamy się w Ewangelie, spotykamy się z chyba niepokonywalną trudnością – nie jesteśmy w stanie oddzielić prywatności Jezusa od Jego zaangażowania w wypełnianie woli Ojca (czynienia wszystkiego, co Ojcu się podoba ).

Dalej spostrzegamy specyficzną metodykę nauczycielskiego działania Zbawiciela, widzimy Chrystusa nauczyciela słuchających Go rzesz, widzimy Go za chwilę jak w serdecznej bliskości nawiązuje dialog ze swoimi uczniami, apostołami, przygotowując ich do podjęcia misji ewangelicznej , gdy On będzie znowu w domu Ojca. Dla Chrystusa ważne jest więc zarówno nauczanie tu i teraz w odpowiedzi na aktualne problemy słuchających Go ludzi, jak i formacja grona Apostołów, dla zapewnienia ciągłości przepowiadania Dobrej Nowiny w Kościele, aż do skończenia czasów. I wreszcie nie brakuje Chrystusowi czasu na spotkania indywidualne z ludźmi szukającymi doskonalszej drogi do zbawienia ( bogaty młodzieniec ) i z ludźmi, którzy nie poznali jeszcze konieczności wejścia na tę drogę ( kobieta cudzołożna ), czy wreszcie na spotkania, które budują wiarę, tych co mają w niej trudności, a zostali powołani do budzenia wiary innych ( Św. Tomasz Apostoł ). Ten sposób postępowania Jezusa nauczyciela uwidacznia nam konieczność patrzenia na tych do których idziemy z Ewangelicznym orędziem, nie jak na bezkształtną ludzką masę, lecz widzieć ogół tych, do których jesteśmy posłani, poprzez twarze konkretnych osób z ich niepowtarzalnym światem przeżyć i doświadczeń.

Sposób więc działania Chrystusa jako nauczyciela, jest metodologicznie bardzo uniwersalny. Mamy tu zarówno do czynienia z docieraniem poprzez jednostki do wielu ( uzdrowieni stają się głosicielami Chrystusa, podobnie ci co doznali miłosierdzia w przebaczeniu, jak jawnogrzesznica, czy Dobry Łotr, który przemawia do sumień ludzkich budząc nadzieję na i pragnienie zbawienia w ludziach zabłąkanych ); jest też i odwrotnie Jezus dociera do poszczególnych osób, w sytuacjach kontaktu z tłumem ( Zacheusz ).

Również sytuacje niby to przypadkowe stają się dla Jezusa okazją do nawiązania zbawczego dialogu z człowiekiem poszukującym, nie zadowalającym się swoim życiowym status quo. Tak doszło do powołania Apostołów. " Przechodząc tamtędy spostrzegł..." i jakby mimochodem rzuca słowa..... "pójdźcie za mną a uczynię was rybakami ludzi..". Jezus ma niezwykłą właściwość budzi w ludziach fascynację i entuzjazm dla Prawdy, którą głosi , zapala...

Nie można teraz nie postawić ważkiego pytania. Co sprawiało ( poza tym co oczywiste, Boskością Nauczyciela ), tę niezwykłą skuteczność Chrystusa nauczającego ? Odpowiedź na to pytanie, ważne dla nas z punktu widzenia naszej katechetycznej pracy, wydaje się dość łatwa. Jezus zna Ojca, do którego prowadzi i zna człowieka, którego prowadzi do Ojca. Zna Ojca, spotyka się z Nim, w czasie wielogodzinnych rozmów na modlitwie. Zna człowieka, jego lęki, potrzeby, pragnienia i nadzieje, zna jego wielkość, jako Bożego dziecka, i jego małość , gdy pogrążą się w grzechu i gdy trwa w grzechu. "Jezus znał człowieka i nie potrzebował o nim niczyjego świadectwa.". Za tą znajomością człowieka idzie zrozumienie jego kondycji i wielka miłość zmierzająca do dźwigania człowieka z jego słabości i upadków i jednania go z Ojcem.

Charakterystyczne jest też ciągłe i konsekwentne jezusowe wskazywanie na Ojca, podkreślanie posłuszeństwa ( " mówię i czynię to co się Ojcu podoba", "nauka moja nie jest moja, lecz tego, który mnie posłał, Ojca"). Ten, który prowadzi pokazuje cel wędrówki i nie przesłania go sobą.

Oto pokrótce mamy zarysowaną sylwetkę Nauczyciela Dobrego, stanowiącą wzór dla nas, jego uczniów, wzór, jako się rzekło niedościgły, ale wciąż mobilizujący, by do niego dorastać.

By dorastać do tego wzoru trzeba nam spełnić pewne warunki :

Nie ma co rozważać, czy powyższe punkty to program " minimum" , czy "maksimum" , czy może taki sobie. Po prostu od tego zacznijmy...

 



Wniebowzięcie NMP Płonne 15

Wniebowzięcie NMP Płonne 15.08.2002r.

 

Dogmat, wokół, którego zbudowana jest teologiczna treść dzisiejszej Uroczystości, ogłosił 1 listopada 1950 r. świątobliwy i maryjny Papież Pius XII. Ta prawda katolickiej wiary głosi, że Maryja po ziemskim życiu z duszą i ciałem została wzięta do nieba. Choć "metrykalnie" dogmat jest stosunkowo młody ( w sensie definicji ), to przecież jest wyrazem wiary korzeniami sięgającej początków chrześcijaństwa. Pisane źródła mówią, że chrześcijanie efezcy, obchodzili Święto Wniebowzięcia już w V w., a więc już conajmniej 1500 lat historii Święta za nami.

Biblijny źródłem dogmatu jest tekst z Apokalipsy Św. Jana, mówiący o Niewieście obleczonej w słońce, której potomstwo skutecznie zwalcza szatana ( Jezus Chrystus i Jego Kościół ), i która po osobistym triumfie nad złym duchem została nagrodzona przebywaniem w chwale Boga.

Powyższa prawda teologiczna, katolickiego dogmatu, ma jedno ze swych źródeł także, w starożytnej tradycji apostolskiej, która opowiada, że około 48 roku (około 15 lat po Wniwbowstąpieniu Pańskim ), Apostołowie zgromadzili się wokół Maryi, dokonującej swego ziemskiego żywota i byli z Nią do ostatka. Przy jej zaśnięciu słyszeli śpiew chórów anielskich i że śpiewy te trwały przez trzy dni wokół grobu w ogrodzie ( według ówczesnego zwyczaju tak chowano zmarłych, wpobliżu domu ), gdzie złożono Ciało Maryi. Trzeciego dnia przybył nieobecny w ów czas wśród Apostołów, Tomasz i gdy otwarto grób, by mógł po raz ostatni spojrzeć w Oblicze Matki Pana, zamiast Jej ciała zobaczono wyrastające ze skały lilie, znak zwycięskiej czystości w dziewiczym życiu Matki Bożej.

Prawda o Wniebowzięciu doczekała się też wielu artystycznych wyrazów uznania i uwielbienia. Przytoczmy fragment jednego z pięknych wierszy Ks. Jana Twardowskiego:

"nikt nie przymknął Twych oczu nie zasłonił twarzy

ani w bramie nie szeptał rozedrganym głosem

o tym co za głośno słyszy się w milczeniu.

Pan uchronił do końca i zdrową zostawił

Tylko kiedy pukano Ciebie już nie było

Nie śmierć ale miłość całą Cię zabrała..."

Ks. Jan Twardowski

Nie jedyny to w naszej literaturze wyraz czci i hołdu dla Najświętszej Panienki. Także wielcy i uznani wieszczowie narodowi , dawali wyraz swej miłości i czci dla Matki Boga.

W scenie więziennej Trzeciej części Dziadów Mickiewicz opisuje , jak jeden z więźniów, niejaki Jankowski spiewa piosenkę bluźniącą Imionom Jezusa i Maryi, szydząc z rzekomej obojętności Kościoła na tragiczne losy Narodu zniewalanego przez carski reżim. Konrad przerywa mu ją słowami:

"...Słuchaj ty! Tych mnie imion przy kielichu wara

dawno nie wiem, gdzie moja podziała się wiara

Nie mieszam się do wszystkich świętych z litanii

lecz nie dozwolę bluźnić imienia Maryi..."

Cześć dla Maryi jest stałą wartością w sercach Polaków, nawet tych, którzy skutkiem swojego braku staranności o wiarę, czy innych zewnętrznych okoliczności, wiarę tę utracili. Znakomity polski poeta, Jan Lechoń nazywa Maryję Tą ," ...która złoto ma od królów, perły od rycerzy, w którą wierzy nawet taki, który w nic nie wierzy...".

Z tej tradycji wiary i polskości, wyrasta także patron dnia wigilii Wniebowzięcia, Bohater, Rycerz Maryi Niepokalanej, Święty Maksymilian Maria Kolbe. On dając świadectwo swej wierze i kapłaństwu, z imieniem Maryi w sercu i na ustach oddał życie za brata, swoją śmiercią ratując od śmierci bliźniego.

My także zgromadzeni dziś na odpustowej i dożynkowej uroczystości w kościele parafialnym w Płonnem, jesteśmy dziedzicami tej samej katolickiej i zarazem narodowej tradycji. Powinniśmy naszym życiem pokazać, że jesteśmy tej tradycji godni, że ją szanujemy i na miarę naszych możliwości ubogacamy. Ta tradycja uczy nas, że wszystko co dobre i piękne w naszych polskich dziejach związane jest z Imieniem Jezusa i Jego Matki.

Gdy choćby pobieżnie ( z konieczności ) spojrzymy na nasze narodowe dzieje to spostrzeżemy, jak bardzo Bóg ukochał nasz Naród, dając nam za Przewodniczkę i Opiekunkę, Matkę Swojego Syna.

Ojciec Święty, którego jutrzejszego przybycia niecierpliwie i z miłością oczekujemy, wielki czciciel Maryi, powiada, że gdy w 996 r. Książę Mieszko w akcie chrztu zaprosił w narodowe dzieje Chrystusa, razem z nim, jak do polskiej Kany zaprosił także Jego Matkę i odtąd Ona nie przestaje nas prowadzić i opiekować się nami w najcięższych nawet historycznych doświadczeniach.

Istotnie Maryja jest z nami obecna już w drugim tysiącleciu wiary Polaków. I Ta patronująca katedrze w Gnieźnie, i tylu polskim katedrom , także naszej płockiej, i tylu kościołom, i Ta "Bogiem Sławiena...", w słynnym hymnie "Bogurodzica", przypisywanym Św. Biskupowi Wojciechowi, która broniła narodu przed nacjonalistyczną , krzyżacką wizją niby to chrześcijańskiej Europy i Ta , która z Jasnej Góry płaszczem swoim nas ochrania, i Ta, którą na Królowę Korony Polskiej wybrał w swoich ślubach mądry król Jan Kazimierz we lwowskiej katedrze. I ta ze sztandarów polskiej husarii co pod Wiedniem broniła Polski i Europy przed turecką nawałą.

Ta wreszcie, która stanęła w obronie Narodu i znowu także Europy, przed zalewem bolszewickiego barbarzyńskiego neopogaństwa, ze wschodu. To polski czyn zbrojny pobłogosławiony przez Boga i wsparty opieką Bogurodzicy Dziewicy w sławnej Bitwie Warszawskiej, 15sierpnia 1920 roku, zwany Cudem nad Wisłą, obronił łacińską cywilizację i wolność narodów Europy Zachodniej, przed imperialnymi zapędami Kraju Rad z jego "przodująco" nieludzkim ustrojem. Historycy tę Bitwę Warszawską, ten Cud, zaliczają do osiemnastu najważniejszych bitew nowożytnego świata, broniących najwyższych wartości ludzkich i cywilizacyjnych.

Zatem możemy bez przesady i nie bez słusznej dumy powiedzieć, że to Maryja, nasza Matka i Królowa, daje nam pełne prawo do korzystania ze wspólnych dóbr, zdobyczy, i wartości Europy i jej cywilizacji, bośmy w tworzenie i obronę tych dóbr wnieśli swój istotny wkład i potwierdzili go obfitą daniną krwi. My którzyśmy tę Europę przez wieki współtworzyli, i którzyśmy przez tę Europę tyle razy byli zapominani i pomijani.

Być może instytucje UE, nie dostrzegają tego, może nie chcą dostrzegać, ale jednoczącej się Europie Polska jest niezbędna i to nie tylko jako ekonomiczna rzeczywistość, ale przede wszystkim jako depozytariusz wartości duchowych, o których żyjące w dobrobycie społeczeństwa zachodnie, zdają się zapominać.

Dla nas zaś, jednocząca się Europa i nasze w niej miejsce, jest wyzwaniem, abyśmy to nasze duchowe dziedzictwo umieli ustrzec, ubogacić i przekazać je następnym pokoleniom Polaków. Z tym nie jest jednak najlepiej. Z jednej strony bowiem z lękiem ( po części słusznym ), patrzymy na możliwe, niebezpieczeństwa integracji, które mogą nas dotknąć np. w dziedzinie rolnictwa, z drugiej strony nie szanując własnych tradycji, własnych duchowych bogactw, tego przeszło tysiącletniego dziedzictwa, szeroko otwieramy się na wszystko co tylko ma etykietkę europejskości, choćby było bezwartościowe, albo było wręcz antywartością. Mam tu namyśli szczególnie obyczajowość pozbawioną fundamentu Bożego prawa w dziedzinie, ludzkiej seksualności, małżeństwa, stosunku do życia nienarodzonych i starców. Mam tu na myśli pseudo sztukę wprowadzającą zamęt w zrozumienie tego co piękne i dobre. Mam tu na myśli wreszcie pewne zachodnie mody filozoficzne usuwające z wizji świata i człowieka wszystko co przypomina o Bogu, czyniąc tym samym całą rzeczywistość względną i zgoła niezrozumiałą. Mam tu na myśli przeciwne wierze i zdrowemu rozsądkowi takie zjawiska jak magię , wróżbiarstwo, okultyzm i t p. Tam gdzie z ludzkiej świadomości i życiowej praktyki wyprze się Boga, w imię rzekomo humanistycznych wartości, tam w Jego miejsce z konieczności, wchodzi szatan i wszystko czym on dysponuje, a co z zasady wrogie jest człowiekowi i niszczy go. To co wrogie Bogu, wrogie jest i człowiekowi.

To może dlatego Polska, przez unijnych decydentów jest postrzegana bardzo ambiwalentnie , z jednej strony jako ważny element całości w sensie politycznym, geograficznym i ekonomicznym, z drugiej zaś jako zagrożenie dla liberalizmu, bezbożnictwa i bezideowości, które organizują wiele dzisiejszych społeczeństw Zachodu.

Medycynie znane są przypadki chorób, które w nasilonym stadium, sprawiają , że chory odmawia przyjmowania leków i więcej twierdzi że jest absolutnie zdrowy, że jest wzorcem zdrowia. Obawiam się, że Europa dzisiejsza przypomina chorego w takim właśnie stadium choroby.

Nie bądźmy jednak uśpieni, nasze życie, nie tylko społeczne, ekonomiczne, czy polityczne, wymaga dziś poważnej kuracji. Jeżeli jako Polacy mamy dać Europie ( jesteśmy jej to winni ), jakiś nowy impuls do duchowego odrodzenia, to musimy patrzeć nie tylko na naszą pełną chwały historię, ale też z niej wyciągnąć konstruktywne wnioski na pomyślne dziś i na jutro chrześcijańskiej Ojczyzny. Trzeba wydać walkę naszym społecznym wadom takim jak pijaństwo, nierzetelność w pracy, brak poszanowania dla Bożego prawa i słusznych praw ludzkich, egoizm indywidualny i grupowy, znieczulenie na bóle i problemy innych. Wiele jest obszarów, na których musimy wygrać walkę z samymi sobą i naszymi słabościami, aby nie przegrać szansy, jaką nam i innym narodom daje Bóg , otwierając przed nami drogę jednoczenia się i współpracy w Europie.

Musimy nauczyć się dbać o wspólne dobro społeczności, w których żyjemy, musimy z odwagą, mądrością i stanowczością stawać w obronie takiego wspólnego dobra, jak uczy Ojciec Święty dla dobra i nie przeciw komukolwiek.

Taka obrona wspólnego dobra społeczności, powinna być podejmowana w imię dobra człowieka. Dziecka, gdy idzie np. o dobrą szkołę, cierpiącego, gdy idzie o szpital, ubogiego, gdy idzie o instytucje charytatywne i tak dalej i temu podobnie. Chrystus, a za Nim Jego Matka Maryja, uczą nas tego, że dbając o dobro innych, o dobro wspólne, współpracujemy z Bogiem w wielkim dziele zbawiania świata i otwieramy się na dar zbawienia wiecznego, jakiego chce nam udzielić Bóg. Przykład takiej postawy, daje nam Maryja w scenie z Kany Galilejskiej, gdy okazuje skuteczną troskę o dobro doczesne człowieka, które przecież jest obrazem dobra wiecznego zbawienia. Naśladujmy Ją pilnie, jak dziecko uczy się naśladując matkę.

Gdy dziś ponad dożynkowymi wieńcami spoglądamy na spracowane ręce polskich rolników, to także w ich trudzie dostrzegamy ten wyraźny wymiar społeczny ich pracy, tę troskę o wspólne dobro bliźnich, oto by nikt w Ojczyźnie nie był głodny, by nikt nie był spychany w imię jakichkolwiek reguł ekonomicznych czy politycznych, do poziomu biedaka, czy zgłodniałego nędzarza. Dziękujemy dziś z serca Panu Bogu, za ten rolniczy trud. I jego owoce, które pomnaża na naszych polach.

Jednocześnie patrząc ponad dożynkowymi wieńcami w oczy polskiego rolnika, pełniącego służbę żywiciela Narodu, dostrzegamy w nich smutek i niepokój. Smutek, którego sami może nieraz przyczyniamy, nie dość szanując ludzi wsi i ich wysiłek. Lęk płynący z obawy o coraz trudniejsze jutro polskiej wsi, rodzin rolniczych, dzieci rodzących się w tych rodzinach.

Miłość społeczna, której uczy Zbawiciel w Świętej Ewangelii mówiąc: "jedni drugich brzemiona noście...", nakazuje nam poszanowanie trudu polskiego rolnika, a także szczere zaangażowanie na rzecz przyszłości polskiej wsi. Tu nie wystarczą polityczne deklaracje i obietnice, służące wyłącznie wyborczym egoizmom , tych którzy je głoszą. Tu potrzebna jest rzetelna współpraca z wiejskimi społecznościami, ludzi różnych zawodów i powołań. Wszyscy jemy chleb, który oni wypracowali, wszyscy żywimy się Eucharystią , która mocą Słowa Pańskiego staje się Chlebem Świętym z chleba powszedniego. Ta rzetelna współpraca to może być i pomoc w organizowaniu skupu plonów, to może być i pomoc w obronie wiejskiej szkoły, dla potrzeb kultury i edukacji rolniczego środowiska, to może być troska o lepszy dostęp do lekarza dla ludzi mieszkających na wsi, to może być lepsze zorganizowanie komunikacji z miastem, wiejski telefon...... i wiele innych. Na każdym z tych odcinków jest wiele do zrobienia i na każdym z nich jest potrzebna pomoc ludzi spoza rolnictwa.

Drodzy Bracia rolnicy. Dziękujemy Wam za chleb i modlimy się, aby Wniebowzięta Maryja, najpiękniejszy Owoc Bożej miłości i naszej wspólnej Matki, Ziemi, wyprosiła Wam u Boga wszelkie potrzebne łaski i błogosławieństwa, a nas skłoniła do lepszego rozumienia Was, waszych problemów, radości i obaw i większej troski o przyszłość polskiej wsi. Amen.



powrót do strony głównej