Uczyć się historii, czy poczekać aż historia nas nauczy...
(całkowicie tendencyjne rozważanie o języku)
Mój pierwszy pobyt w Rzymie, w końcu europejskiej wielkiej stolicy i zarazem stolicy chrześcijaństwa, oprócz wielu niezapomnianych wrażeń religijnych i turystycznych, dostarczył mi także powodów do słusznej dumy iż pochodzę z kraju, który cieszy się może nie nazbyt zasłużoną opinią, że je
go mieszkańcy, powiedzmy, słabo władają językami obcymi. Kilkakrotnie oto (nie znając języka włoskiego), podejmowałem próbę dokonania prostej operacji wymiany dziesiątek marek niemieckich na tysiące włoskich lirów (za którą pobiera się tam 9,8 % prowizji). Nie spotkałem się z możliwością jej dokonania w moim niedoskonałym języku francuskim i niezgorszym rosyjskim. Podejmowane przeze mnie kolejne próby, kończyły się powodzeniem dopiero przy użyciu, swoistego języka migowego, zrozumiałego pod każdą długością i szerokością geograficzną. Nie zmierzam tu do prostej i skądinąd słusznej konstatacji, że podróże poza wszystkim, mogą także pomóc w leczeniu kompleksu pochodzenia z "gorszej" części Starego Kontynentu. Moim zamiarem jest natomiast uświadomienie czytelnikowi (cierpliwemu), że aby nastąpiło miedzy ludźmi porozumienie, muszą oni w tym samym czasie, używać tego samego języka, to znaczy jednakowych słów i wyrażeń z przypisanymi im jednakowymi, określonymi znaczeniami.Moje, bardzo skromne, rzymskie doświadczenia przekonały mnie, że warto podjąć trud samouczenia się języków obcych, co umożliwiło mi podczas następnej bytności w Wiecznym Mieście, dość skuteczne posługiwanie się niepoprawną zapewne i jeszcze nieco ręcznie wspomaganą "włoszczyzną".
Można powiedzieć, pół biedy, gdy dwóch ludzi, próbuje rozmawiać dwoma różnymi, obcymi sobie językami... nieporozumienie murowane. Co jednak powiedzieć o sytuacji, w której mówca, używa dobrze znanego nam języka, a który w jego ustach staje się językiem obcym, lub nawet obcymi językami? Jak powstaje
taki dziwny efekt, z którym, być może i Ty spotkałeś się zacny i wytrwały mój czytelniku ?...Chociaż dość łatwo o odpowiedzi na wyżej sformułowane pytania, nie pozostawię Cię bez ich wyartykułowania. Otóż dzieje się tak, gdy mówca pod powszechnie znane słowa i wyrażenia, podkłada coraz to inne znaczenia, dowolnie nimi operując. Przy tym nie można przyjąć, że czyni to z powodu nieznajomości języka, którym się posługuje. Wręcz przeciwnie, trzeba biegle znać język i mieć świadomość wielu znaczeń możliwych do
przypisania konkretnym słowom, tak aby wywołać u słuchacza jakieś zaprogramowane przez mówcę obrazy, emocje, motywacje do konkretnych, takich a nie innych, decyzji i działań. Opisana bowiem sytuacja, nie jest błędem, prowadzącym do nieporozumienia, ale zabiegiem prowadzącym do "porozumienia" poza regułami logiki, czyli zabiegiem, który psychologowie nazywają manipulacją. Jest ona niczym innym, jak kreowaniem złudzeń w ludzkiej świadomości, tworzeniem w niej równie nierealnej, co i bogatej, łudzącej fałszywym pięknem, pozornej rzeczywistości.Stajemy teraz przed dwoma ważkimi pytaniami. Pierwsze z nich to pytanie wykraczające poza ramy logiki i psychologii, o inspiracje, które skłaniają ludzi do manipulowania innymi, zaś drugie to pytanie o cele podejmowania z
abiegów manipulacyjnych.Dla odpowiedzi na te pytania przyda się nam, choćby pobieżna analiza, pewnego interesującego fragmentu Dziejów Apostolskich. Oto jego tekst :
Kiedy nadszedł wreszcie dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duc
hem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić. Przebywali wtedy w Jerozolimie pobożni Żydzi ze wszystkich narodów pod słońcem. Kiedy więc powstał ów szum, zbiegli się tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku. Czyż ci wszyscy, którzy przemawiają, nie są Galilejczykami? - mówili pełni zdumienia i podziwu. Jakżeż więc każdy z nas słyszy swój własny język ojczysty? - Partowie i Medowie, i Elamici, i mieszkańcy Mezopotamii, Judei oraz Kapadocji, Pontu i Azji, Frygii oraz Pamfilii, Egiptu i tych części Libii, które leżą blisko Cyreny, i przybysze z Rzymu, Żydzi oraz prozelici, Kreteńczycy i Arabowie - słyszymy ich głoszących w naszych językach wielkie dzieła Boże. (Dz2,1-11)Powyżej przytoczony tekst opisuje skutki cudu Zesłania Ducha Świętego na zgromadzonych w Wieczerniku Apostołów. Prości galilejscy rybacy, których nie sposób podejrzewać o znajomość obcych języków, przemawiając tak "... jak im Duch pozwalał mówić", docierają z Ewangelią Zmartwychw
stania, do ludzi mówiących wielu różnymi językami. Powiesz być może drogi Czytelniku, "cóż to wielkiego, to nie ich zasługa..., Duch Święty sprawił to zrozumienie....". Obyś tylko zechciał w ten sposób podważyć i próbować wywrócić konstrukcję wywodu, który tu buduję... obyś chciał. Chcę bowiem zwrócić uwagę, że to czego nie byli w stanie osiągnąć, wobec braku należytej wiedzy, prości Apostołowie dokonało się za sprawą Ducha Świętego. To On, pod wiele różnych słów i wyrażeń, znanych słuchaczom Apostołów, podłożył współzrozumiałe znaczenia, doprowadzające ich wszystkich do poznania we własnych językach Bożej Prawdy.Skoro zatem to Duch Święty jest Twórcą tego niezwykłego porozumienia, umożliwiającego dotarcie do poznania Prawdy, to jaki duch jest inspiratorem manipulacji, która odwodzi od Prawdy i prowadzi na manowce ułudy, zniewalając człowieka pozorami rzeczywistości i oczywistym fałszem? Nie sposób tu spodziewać się innej odpowiedzi, niż ta, która brzmi: przeciwnik Boga i człowieka,
szatan, którego Pan Jezus nazywa "mendax et pater omnium mendatium" ( kłamca i ojciec wszelkiego kłamstwa )J8,44.Pismo Święte opisuje jeszcze jedno wydarzenie związane, tym razem, utratą przez język, jego podstawowej funkcji, funkcji komunikacji międzyludzkiej. Mam tu na myśli powszechnie znaną historię budowniczych wieży Babel (Rodz11,1-10). Pycha, ten swoisty dar złego ducha, każe ludziom podjąć wysiłek niezwykle ambitny, zjednoczyć się, by poznać tajemnice Boga i wejść w Jego kompetencje. Próba realizacji iście szatańskiego pomysłu ujawnia najmroczniejsze strony ludzkiej natury, chore ambicje i żądzę władzy. Pamiętamy dramatyczny finał tej historii. Idea, której realizacja, w pysznym zamyśle człowieka, miała służyć integracji ludzkiej społeczności, dla panowania nad światem i
rywalizacji ze Stwórcą, stała się źródłem rozproszenia i upokorzenia człowieka.Historia o wieży Babel nie jest tylko dydaktyczną opowieścią, mającą na celu wyłącznie pokazanie minionych błędów ludzkości. Jest ona (jak cała Biblia) nader aktualna w naszych czasach, w których sny o potędze człowieka i jego samowystarczalności, śni wielu znanych z czołówek gazet i wielu całkiem prostych, nierzadko naiwnych, ludzi. Zmieniać świat czy bodaj kontynent, to zamysł bardzo ambitny; budować braterstwo ludzi i narodó
w to bardzo szlachetny zamiar - nawet wykonalny, jednakże nie bezwarunkowo.Warto uświadomić sobie, że jedność i braterstwo ludzi nie jest i nie będzie nigdy faktem, na mocy jakichkolwiek zapisów, umów i przepisów, ale że jest ono skutkiem faktu bycia dziećmi jednego Ojca - Boga. Braterstwo jest implikacją faktu posiadania wspólnego Ojca. Dalej braterstwo, stawiające ludzi w równej odległości od Ojca (czy raczej bliskości do Ojca), z natury rzeczy stwarza wszystkim dzieciom jednakowe możliwości życia, rozw
oju i realizacji swych słusznych aspiracji, takich które zgodnie z pragnieniem Ojca, dzieci te uszczęśliwią. Nie da się zatem zbliżyć między sobą ludzi i narodów, uszczęśliwić ich z pominięciem wyżej przypomnianych, oczywistych faktów. Nie da się zrealizować ambitnych projektów polityczno - gospodarczych, ignorując fakt równości ludzi i narodów, będących kontrahentami takich projektów, równości mającej swe źródło poza sferą owych projektów - w Bogu, naszym wspólnym Ojcu.Wielokrotnie podejmowane już w historii próby, budowania "lepszego, bardziej ludzkiego świata", z pominięciem respektowania oczywistych relacji między Bogiem i światem, Bogiem i człowiekiem, doprowadzały do bolesnych rozczarowań i namnażania nieszczęść indywidualnych i zbiorowych na wielką skalę. Oczywistymi wydają się w tym względzie przykłady rewolucji, mających na sztandarach szczytne hasła, takie jak wolność, równość, braterstwo
, czy sprawiedliwość społeczną, a kończących się hekatombą ofiar wielkich rzesz ludzi ( Wandeja , Gułag, hitlerowskie fabryki śmierci .... i wiele innych ). Przywołane tu przykłady, pokazują jednoznacznie, że próby uszczęśliwiania człowieka wbrew Bogu, poza Bogiem, przeciw Bogu, czy bez Boga, w realizacji okazują się być kolejnymi etapami na krzyżowej drodze ludzkości.Natrętnie narzuca się pytanie, czemu ludzie i narody godzą się na udział w takich historycznych eksperymentach na samych sobie ? Bo wszak wszystkie, wspomniane wyżej, utopijne przedsięwzięcia, realizowały się ze znacznym stopniem aprobaty, tych przeciw którym później się obróciły. Ta aprobata, wyrażała się czy to przez polityczne wybory, czy to przez referenda, czy choćby przez masowe manifestacje gorącego poparcia dla autorów owych projektów. Czy to poparcie bywało skutkiem głębszej refleksji prowadzącej do zrozumienia zamysłów twórców owych utopii, czy może skutkiem przemilczeń i niedomówień propagandzistów, a może wprost skutkiem manipulacji pokrętnie zmieniającej znaczenia wypowiadanych słów ?
Zapewne owe historyczne projekty znajdowały szczerych zwolenników, wśród ludzi którym przyświecała myśl o osobistej karierze, bądź wymiernych korzyściach materialnych. W większości jednak były to zapewne ofiary manipulacji, do których trafiały "argumenty" emocjonalne, odwołujące się do rozmaitych kompleksów, o
d jakich ludzie nie są wolni w żadnych czasach, ani w zależności od jakichkolwiek uwarunkowań społecznych , kulturowych, środowiskowych, czy innych.Znamy wiele mądrych sentencji dotyczących historii. Spośród nich pragnę na zakończenie przytoczyć dwie:
Historia nauczycielką życia i druga: Historia kołem się toczy, by teraz postawić retoryczne pytania: która z powyższych mądrości znajduje w naszych czasach więcej zwolenników ? Ta, która zmusza do wysiłku twórczego budowania lepszego jutra (z respektowaniem praw Boskich i słusznych praw ludzkich), czy ta, która pozwala trwać w bierności, każąc przyjąć jakiś fatalizm w przekonaniu, że nie da się dmuchać pod wiatr historii ?Smutna historia budowniczych wieży Babel pokazuje, jak ludzie o chorych ambicjach i żądni władzy, potrafią zawładnąć umysłami innych i skłonić ich do podjęcia realizacji niekiedy obłędnych pomysłów, z drugiej strony zaś, pokazuje jak owi ludzie i ich ofiary, zmanipulowani przez ojca kłamstwa, wcześniej czy później poznają gorycz porażki i upok
orzenia.
Ruże, wieczorami Oktawy Zmartwychwstania 2003
"W katechezie przez nauczanie przekazywany jest Chrystus, Słowo Wcielone i Syn Boży, wszystko zaś inne o ile do Niego się odnosi; naucza sam Chrystus, a każdy inny nauczający - jedynie w tej mierze, w jakiej jest Jego zwiastunem lub tłumaczem i w jakiej Chrystus mówi przez jego usta... Trzeba więc, aby do każdego katechety można było zastosować te niezgłębione słowa Jezusa: <<Moja nauka nie jest moja, lecz Tego, który Mnie posłał>> (J 7,16)"
Jan Paweł II adhortacja apostolska Catechesi tradendae, 5
Te nad wyraz ważkie słowa Papieża, skłaniają nas do postawienia pytania o wizerunek kapłana - katechety , który skutecznie ma podjąć trud katechetyczny. Jakim mam być, aby Chrystus chciał mówić przez moje usta; jakim mam być, abym mógł być uznanym za zwiastuna i autentycznego tłumacza zbawczego orędzia Chrystusa ?
W istocie rzeczy jest to pytanie o moje człowieczeństwo, o jego format, gdyż to ono jest podstawowym tworzywem mojego chrześcijaństwa i kapłaństwa, a w konsekwencji ono właśnie warunkuje skuteczność podjętej przeze mnie misji głoszenia Dobrej Nowiny, czy to na ambonie, czy w sali katechetycznej.
Katolickie rozumienie kapłaństwa, określa kapłana jako działającego in persona Christi . I to fundamentalne rozumienie kapłana jako alter Christus kieruje nasze rozważania wprost ku Ewangeliom, które ukazują Zbawiciela jako Nauczyciela dobrego i jako Dobrego Pasterza. To właśnie ewangeliczne normy, cele, ku którym ma zmierzać zarówno formacja do kapłaństwa, jak i nasze kapłańskie życie i służba. Mam wpatrzony w niedościgły wzór Bożego Syna, odtwarzać w moim życiu i służbie wizerunek Chrystusa nauczającego.
To, co na pierwszy rzut oka zauważamy w postawie Boskiego Pasterza i Nauczyciela , to jedność Jego życia i służby. Gdy wczytamy się w Ewangelie, spotykamy się z chyba niepokonywalną trudnością nie jesteśmy w stanie oddzielić prywatności Jezusa od Jego zaangażowania w wypełnianie woli Ojca (czynienia wszystkiego, co Ojcu się podoba ).
Dalej spostrzegamy specyficzną metodykę nauczycielskiego działania Zbawiciela, widzimy Chrystusa nauczyciela słuchających Go rzesz, widzimy Go za chwilę jak w serdecznej bliskości nawiązuje dialog ze swoimi uczniami, apostołami, przygotowując ich do podjęcia misji ewangelicznej , gdy On będzie znowu w domu Ojca. Dla Chrystusa ważne jest więc zarówno nauczanie tu i teraz w odpowiedzi na aktualne problemy słuchających Go ludzi, jak i formacja grona Apostołów, dla zapewnienia ciągłości przepowiadania Dobrej Nowiny w Kościele, aż do skończenia czasów. I wreszcie nie brakuje Chrystusowi czasu na spotkania indywidualne z ludźmi szukającymi doskonalszej drogi do zbawienia ( bogaty młodzieniec ) i z ludźmi, którzy nie poznali jeszcze konieczności wejścia na tę drogę ( kobieta cudzołożna ), czy wreszcie na spotkania, które budują wiarę, tych co mają w niej trudności, a zostali powołani do budzenia wiary innych ( Św. Tomasz Apostoł ). Ten sposób postępowania Jezusa nauczyciela uwidacznia nam konieczność patrzenia na tych do których idziemy z Ewangelicznym orędziem, nie jak na bezkształtną ludzką masę, lecz widzieć ogół tych, do których jesteśmy posłani, poprzez twarze konkretnych osób z ich niepowtarzalnym światem przeżyć i doświadczeń.
Sposób więc działania Chrystusa jako nauczyciela, jest metodologicznie bardzo uniwersalny. Mamy tu zarówno do czynienia z docieraniem poprzez jednostki do wielu ( uzdrowieni stają się głosicielami Chrystusa, podobnie ci co doznali miłosierdzia w przebaczeniu, jak jawnogrzesznica, czy Dobry Łotr, który przemawia do sumień ludzkich budząc nadzieję na i pragnienie zbawienia w ludziach zabłąkanych ); jest też i odwrotnie Jezus dociera do poszczególnych osób, w sytuacjach kontaktu z tłumem ( Zacheusz ).
Również sytuacje niby to przypadkowe stają się dla Jezusa okazją do nawiązania zbawczego dialogu z człowiekiem poszukującym, nie zadowalającym się swoim życiowym status quo. Tak doszło do powołania Apostołów. " Przechodząc tamtędy spostrzegł..." i jakby mimochodem rzuca słowa..... "pójdźcie za mną a uczynię was rybakami ludzi..". Jezus ma niezwykłą właściwość budzi w ludziach fascynację i entuzjazm dla Prawdy, którą głosi , zapala...
Nie można teraz nie postawić ważkiego pytania. Co sprawiało ( poza tym co oczywiste, Boskością Nauczyciela ), tę niezwykłą skuteczność Chrystusa nauczającego ? Odpowiedź na to pytanie, ważne dla nas z punktu widzenia naszej katechetycznej pracy, wydaje się dość łatwa. Jezus zna Ojca, do którego prowadzi i zna człowieka, którego prowadzi do Ojca. Zna Ojca, spotyka się z Nim, w czasie wielogodzinnych rozmów na modlitwie. Zna człowieka, jego lęki, potrzeby, pragnienia i nadzieje, zna jego wielkość, jako Bożego dziecka, i jego małość , gdy pogrążą się w grzechu i gdy trwa w grzechu. "Jezus znał człowieka i nie potrzebował o nim niczyjego świadectwa.". Za tą znajomością człowieka idzie zrozumienie jego kondycji i wielka miłość zmierzająca do dźwigania człowieka z jego słabości i upadków i jednania go z Ojcem.
Charakterystyczne jest też ciągłe i konsekwentne jezusowe wskazywanie na Ojca, podkreślanie posłuszeństwa ( " mówię i czynię to co się Ojcu podoba", "nauka moja nie jest moja, lecz tego, który mnie posłał, Ojca"). Ten, który prowadzi pokazuje cel wędrówki i nie przesłania go sobą.
Oto pokrótce mamy zarysowaną sylwetkę Nauczyciela Dobrego, stanowiącą wzór dla nas, jego uczniów, wzór, jako się rzekło niedościgły, ale wciąż mobilizujący, by do niego dorastać.
By dorastać do tego wzoru trzeba nam spełnić pewne warunki :
Nie ma co rozważać, czy powyższe punkty to program " minimum" , czy "maksimum" , czy może taki sobie. Po prostu od tego zacznijmy...